EAN:
9788379673179
Autor:
Wydawnictwo:
Rok wydania:
2025
Oprawa:
broszurowa
Strony:
228
Cena sugerowana brutto:
50.00zł
Stawka vat:
5%
Dziewiąty dzień tygodnia jest debiutem twórcy, który w sieci dał się poznać jako autor poczytnych tekstów. Ma dar pokazywania rzeczywistości w humorystyczny i barwny sposób, bogaty w zaskakujące porównania, zabawną przesadę, ciepły sarkazm i pozbawioną frustracji ironię. Autor rezygnuje z konkretnej fabuły, na rzeczy portretowania uczestników codziennych wydarzeń. Jest to nielinearna opowieść o próbach dopasowania się do innych warunków, ale także o człowieku,którego priorytety i marzenia, zmieniają się wraz z rzeczywistością, okolicznościami i upływem lat.
Fragment I
Któregoś kwietniowego dnia przyszła z lotniska na moje konto bankowe ostatnia pensja. Przyszła wraz z zaległymi nadgodzinami za ostatnie ćwierćwiecze. Firma wysłała też oficjalne pismo (bla bla bla) od nieutulonego w smutku szefostwa, nazywanego na wyrost menedżmentem. Ludzie z działu Human Resources, których w życiu nie widziałem na oczy, rozpływają się w nim, jakim to ja byłem wzorem pracownika, filarem i opoką, że gdyby nie moje zaangażowanie, dużo mniej świata zostałoby uratowane przez ostatnie 25 lat i że życzą mi sukcesów na ostatniej prostej, nim definitywnie odwalę kitę na emeryturze.
Fragment II
Tydzień później puszczanie latawców odbyło się na boisku szkolnym, czyli placu elegancko wysypanym żwirem z koksowni. Sądząc po egzotycznym wyglądzie urządzenia, prawdopodobnie byłem jedynym, który zadanie wykonał osobiście. Gdy większość kolorowych latawców pyszniła się już na nieboskłonie, ja nadal walczyłem z zasadami aerodynamiki i prawem ogólnego ciążenia. Biegałem wzdłuż i w poprzek boiska, a mój latawiec coraz bardziej przypominał glebogryzarkę. W końcu od tego biegania dałem mordą w ten żwir. Cała klasa pokładała się ze śmiechu, co nie było jeszcze tak bolesne. Bolesne było to, że najgłośniej śmiała się Halinka.
Fragment III
Czy też tak macie, że jeśli coś się psuje, to koniecznie w piątek wieczorem, sobotę lub niedzielę? Właśnie. Tak więc mój router oddał ducha w niedzielę. U mnie wszystko lata w Internecie, więc kaplica, ani netu, ani telefonii. Zadzwoniłem do mojego operatora z komórki. By dostać się do żywego człowieka należy charakteryzować się spokojem mnicha buddyjskiego, a wszystko to by usprawnić serwis, jak dumnie informuje komputerowa pani. W końcu po chwili trwającej wieczność, przejściu tysiąca opcji, gdy już miałem zamiar eksplodować, zgłosił się żywy człowiek, kobieta, która powinna już znać cel naszej rozmowy.